edyta.tyszkiewicz

Blog kulturalny, misz-masz – bo kiedy zakładałam ten blog, robiłam to na próbę i nie miałam zielonego pojęcia, czego tak naprawdę chcę. Ta nazwa jako pierwsza przyszła mi do głowy i tak niestety musi zostać :-)

W taki dziś nastrój przyjemny wpadłam podczas wieczornego, leniwego spaceru z moją Grejs. Ze dwadzieścia lat nie pisałam takich wierszy :-)

dłoń co dotyka dłoni

niby nic       

przelotne spojrzenie

niby nic

i uśmiech

który myślą natarczywą powraca

kiedy samotnie stąpasz po liściach

szeleszczą

a raczej trzeszczą pod butami

bo mróz

zaciągasz się mocniej powietrzem

dziwne

grudzień też może pachnieć

nawet kiedy nie spadł jeszcze śnieg

coś się dzieje

niby nic

stan między zdumieniem a zakochaniem

 

Od jakiegoś czasu doświadczam ciągłego poczucia bezsensownego marnowania czasu. I przemijania. Każdego dnia, kiedy patrzę w lustro, myślę sobie, znów się zestarzałam i znów zmarnowałam cenne godziny. Na co? Nic nie robienie? To może jeszcze nie byłoby najgorsze. Bo kiedy mam chęć leniuchować, to robię to bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Lecz teraz czuję, że powinnam robić coś wartościowego, cennego dla mnie, może też dla innych. W mojej głowie są jakieś projekty, za które nie mam siły się zabrać. Bo pracuję. Wracam z pracy zbyt zmęczona psychicznie, by jeszcze myśleć. To psychiczne zmęczenie blokuje też moją chęć działania. Wpadam do domu, sprzątam, wychodzimy z psem na spacer, i to jest jedyne dobre. Chociaż czuję, że i to jest za mało. Sam spacer nie wystarcza Grażynce, ona chce naszej pełnej obecności, zabawy, a na to nie mam siły. Wracamy  około dwudziestej i jedyna myśl, która mi przyświeca, to kłaść się spać. Cały dzień wypełniony jest pracą, wysiłkiem, by zarobić parę groszy na chleb. Lubię swoją pracę, ale nie wiem dlaczego świat jest tak urządzony, że mamy spędzać tam całe nasze dnie.  I to jest rzecz, która najbardziej mnie wkurza. Żyjemy krótko, niewiele mamy w życiu przyjemności, czasu na spełnianie marzeń, bo musimy zarabiać na chleb. Czy te proporcje nie powinny dzielić się po równo? Tak żebyśmy mogli wieczorem usiąść i pomyśleć, że oto daliśmy z siebie wszystko, spełniliśmy nasz obowiązek, spędziliśmy cudnie czas z naszymi dziećmi czy zwierzakami i zrobiliśmy też coś dla siebie. Jesteśmy zadowoleni. Przemijanie nie przeraża nas wtedy tak bardzo, bo wiemy że każdy nasz dzień wykorzystaliśmy w pełni, że mieliśmy czas i chęci by zrobić to na co mamy ochotę. Niestety świat nie jest idealny, życie nie jest tylko piękne, a starość przychodzi zbyt szybko. Dobrze, że w takich dołujących chwilach można pogłaskać po pysiu śpiącą obok Grażynkę i wypić szklankę piwa :-). Życzę tego wszystkim zdołowanym kobietom i mężczyznom. Amen. 

Od kilku dni słowa wierciły się w mojej głowie. Byłam zbyt zmęczona, by je wypuści i później zbierać. Dziś w końcu złapałam oddech, wtedy pojawiło się to wspomnienie. Słowa wyskoczyły i powstał ten wiersz. Pewnie jeszcze trzeba go poprawić, a może jednak nie. Niech zostanie taki jak jest, surowy. Dowód przebłysku słowotwórczego, który zdarza  mi się ostatnio bardzo rzadko. 

SETKA JASKÓŁEK

spokój

rzadki i nieśmiały gość

pojawił się nie wiem na jak długo

patrzę na świat w zwolnionym tempie

bez przyspieszenia bez nerwowego obgryzania paznokci

o nic nie zabiegam o nic się nie staram

jest zwyczajnie

 

błogo

spadł deszcz na środku łąki

setka jaskółek krąży wokół

polują na owady

małe białe brzuszki co sekundę migają mi przed oczami

niezwykłe widowisko tylko ja na nie patrzę

ludzie uciekają przed deszczem

 

bez skrępowania

delektuję się powolnością mojego świata

z fascynacją obserwuję jak inni biegają

ich czas nie zwalnia

a ja o nic nie proszę przestałam bo nie ma to sensu

wszystko poukładane

poukładało się samo

 

uśmiech

nie znika mi z twarzy wzrokiem wodzę za jaskółkami

deszcz wciąż pada jestem mokra

stoję w miejscu po co się ruszać gdy tu i teraz się liczy

nie wstydzę się tego lenistwa zapatrzenia wykorzystam je do końca

być może za chwilę, za dwie

bałagan znów zagości w mojej głowie

kniga

Brak komentarzy
kniga

 

Miałam chyba całkowite zaćmienie umysłowe. Dopiero teraz zauważyłam, że do tej pory ani słowa nie napisałam o mojej ostatniej książce „Motyl w zupie”. Książka ukazała się w ostatnich dniach sierpnia, ale dopiero w październiku oficjalnie przedstawiłam ją czytelnikom. Promocja książki była wspaniała. Zaskoczyła mnie ogromna ilość osób, które zechciały przyjść na spotkanie ze mną, w dodatku chciały też kupić moją książkę. Jeszcze milej zaskakują mnie wciąż, pozytywne opinie o tym co stworzyłam. Krytyka negatywne zapewne też się gdzieś pojawia, ale do mnie nie dociera :-). Żałuję tylko, że tak mało było spotkań z czytelnikami. Dają mi one niezwykłą energię i chęć do życia. Zapewne dlatego, że rozmawiamy nie tylko o książkach. Rozmawiamy o życiu, o ludziach. Ale znów odbiegam odrobinkę od tematu. Miało być o książce, ale pójdę chyba na łatwiznę. Będą fragmenty. Tylko dwa, ale myślę że to w zupełności wystarczy.

Ach nie, jeszcze jedno. Przepiękną okładkę zaprojektowała mi moja znajoma Gosia Targosz. Cieszę się, że mam tak zdolnych znajomych. Dziękuję Gosiu. 

„– Mam w zupie świeżego motyla! – powiedziała wciąż wpatrując
się w talerz.
– Motyla? Skąd? Co znaczy „świeżego”? – Cyprian nachylił się
nad stołem, by dokładniej przyjrzeć się temu, co pływało w jej zupie.
– Faktycznie motyl i faktycznie wygląda na świeżego, jeśli można tak
powiedzieć. Skąd się tu wziął? Jeszcze trochę za wcześnie na motyle.
– Za wcześnie…? No tak. Nie wiem skąd się wziął. – Delikatnie,
by zrobić owadowi więcej miejsca, odgarnęła łyżką warzywa.
– Jest piękny, nie uważasz? – Cyprian najwyraźniej był nim zafascynowany.
– Nigdy nie widziałem na żywo motyla z tak intensywnymi
kolorami. Ten jasnoniebieski aż błyszczy.
– Jak on wpadł do tego talerza?
– Trzeba go wyciągnąć. – Cyprian dotknął go swoją łyżką
– O matko! – Rozalia podskoczyła na swoim krześle.Motyl pod
dotykiem poruszył skrzydłami. Ręka Cypriana znieruchomiała.
Znów patrzyli na motyla oniemiali, podczas gdy ten próbował poruszać
się w gęstym, aromatycznym wywarze. Najwyraźniej trzeba
było mu pomóc. Rozalia nałożyła go na swoją łyżkę. Miał tak duże
skrzydła, że nie mieściły się na niej. Motyl podjął kolejną próbę
wprawienia ich w ruch. Udało się. Zaczął machać nimi coraz mocniej
i mocniej, aż naprawdę zaczęły połyskiwać. Trwało to zaledwie
minutę, czy dwie i owad mógł poderwać się do lotu. Cyprian odruchowo
położył swoją rękę na dłoni Rozalii. Ona mocno ją uścisnęła
i tak trwając wpatrywali się w unoszące się nad nimi cudo.
Motyl chwilę krążył nad ich głowami by zaraz znów przysiąść delikatnie
na dłoni Cypriana, tej w której była schowana dłoń Rozalia.
Obojgu wydawało się, że powinni przestać oddychać, by go nie
spłoszyć. Patrzyli jak urzeczeni na jego rozpięte i wciąż delikatnie
wachlujące skrzydła. Zdawało im się, że oto dotknęli jakiejś magii,
czarownej chwili, która nie wiedzieć czemu przeznaczona była
tylko i wyłącznie dla nich.”

 

„Nigdy wcześniej nie śniła tak intensywnie, jak w ostatnich czasach.
Sen, który przyszedł teraz powitał ją połyskującym jasno
ekranem i szumem wydobywającym się z telewizora. Przez chwilę
nie mogła się zorientować, czy wciąż śpi, czy już się zbudziła. Przypomniała
sobie coś. Zanim zamknęła oczy, nastawiła czasowy wyłącznik
na piętnaście minut, telewizor nie mógł więc działać w tej
chwili. Jeszcze jeden szczegół przekonał ją, że śni. W jednej dłoni
trzymała pilota od telewizora, w drugiej szklankę z Martini, a przecież
nie piła tego wieczoru.
Rozejrzała się ciekawie po pokoju. Wszystko inne było tak jak
w rzeczywistości. Skupiła wzrok na ekranie telewizora, na którym
najwyraźniej coś zaczynało się dziać. Szum powoli cichł. Przestawało
też śnieżyć. Z migotliwej mgły powoli zaczynał wyłaniać
się jakiś obraz. Rozalia patrzyła uważnie, by nie umknął jej żaden
szczegół. Czuła, że to co za chwilę pojawi się przed jej oczami, będzie
bardzo ważne. Za każdą chwilą zaczynała dostrzegać coraz
więcej szczegółów. Okno z opuszczoną do połowy oliwkową roletą,
ściany które w świetle niedużej lampki wydawały się kremowo
żółte, choć zapewne musiały być białe inaczej odcień, który teraz
przybrały byłby zdecydowanie ciemniejszy. Rozróżniała też kontury
krzesła stojącego w rogu pokoju, a zaraz po nim zobaczyła
stalowe łóżko na kółkach. Już wiedziała na co właśnie patrzy. Nie
musiała czekać na wyostrzenie obrazu, by wiedzieć, że krzesło jest
pomarańczowe, a pościel na łóżku ma miętowy odcień. To była
sala, w której leżał jej narzeczony. Było już nawet słychać miarowe
pikanie aparatury odmierzającej rytm serca pacjenta.”

Wmawiamy sobie, że miłość ma sens, gdy tymczasem jest to zwykle najbardziej irracjonalne uczucie jakiego doznajemy.”

Dopiero kilka dni temu (w końcu) przeczytałam „Ucząc psa czytać” i do tej pory zastanawiam się, co tak naprawdę mogę o tej książce napisać. 

To bardzo krótka opowieść o miłości. W stylu Carrolla oczywiście. Miłość i sen – oto najważniejsze tematy mistrza. Kiedy przeczytałam ostatnie słowo, pomyślałam, że jakaś za krótka ta historia, ale zaraz przyszła następna myśl. Właściwie nie dało się jej ciągnąć dalej. Ono musiała być taka krótka, dłuższe snucie tej opowieści byłoby bez sensu, w dodatku mogłoby się stać nudne jak flaki z olejem. Każde słowo było tu na miejscu, idealnie dobrane, wysmakowane. Klimat idealny na jesienny wieczór. Tak jak zawsze.  I żal mi tylko jednego. Że tym razem Carroll mnie nie zaskoczył. 

Wiele wieczorów później Gustaw wciąż wracał myślami do tamtej chwili, gdy widział Rosę przechodzącą przez drzwi za barem, na zaplecze. Czy zachowywała się tak samo? Czy coś zapowiadało jej zniknięcie? Może faktycznie tego dnia była bardziej niż zwykle pogrążona w swoich myślach. Chociaż nie, przyszła wtedy do pracy z takim samym uśmiechem jak każdego dnia. Z taką samą energią zabrała się do sprzątania. Z czasem jednak jej uśmiech powoli zanikał. Gustaw musiał przyznać, że miało to związek z jego narastającą irytacją na Edwarda. I właśnie w chwili gdy postanowił wyrzucić go na zbity pysk, Rosa zebrała puste szklanki ze stolika emerytów i poszła na zaplecze. Od tamtej pory jej nie widział. Teraz mężczyzna zachodził w głowę, czy mogło to mieć jakiś związek z jego śmieszną, teraz to widział, decyzją. Czy dziewczyna mogła wyczuć jego nastrój, odgadnąć jego myśli? Czy może tylko mu się to wszystko wydawało, bo sam był wkurzony?

            Gustawo nie wyrzucił wtedy Edwarda. Coś kazało mu zaczekać, ale złość i tak mu nie przeszła. Nalał mojito jakiejś parze, którą widział tu po raz pierwszy. Rozejrzał się po lokalu. Prawie wszystkie stoliki były zajęte. Przy kilku stały kolejne puste kufle i szklanki. Zawołał Różę, ale dziewczyna nie odpowiedziała. Uchylił drzwi na zaplecze i zawołał jeszcze raz. Rosy nie było. Zaniepokojony rozejrzał się po kuchni. Na blatach stały czyste naczynia, woda w zlewie była jeszcze ciepła. Przez drzwi kuchenne wyjrzał na dwór.  Na tyłach baru nikogo nie było. Wrócił do środka i zajrzał do małego pokoiku socjalnego. Na oparciu krzesła wisiał jej liliowy sweterek, a w powietrzu wciąż unosił się zapach perfum Rosy, ale jej samej nie było. Nie było też lnianej, dużej torby, z którą Rosa zawsze przychodziła do pracy. Zaniepokojony Gustaw wrócił do baru. Rozpytywał o Rosę wszystkich gości, ale każdy tylko wzruszał ramionami. Tamtego wieczora dziewczyna już nie wróciła. Nie wróciła też następnego.

            Minęły kilka dni, a Gustaw niemalże szalał z niepokoju o dziewczynę. Już następnego dnia po jej zniknięciu chciał skontaktować się z nią telefonicznie, ale w żadnych dokumentach nie znalazł jej numeru telefonu. Był pewien, że przyjmując ją do pracy poprosił, by wpisała go do swojego CV, ale…, no właśnie, jej CV również znikło. A wraz z nim wszelkie inne dane. Gustaw wyrzucał sobie swoją głupotę. Dziewczyna nigdy nie spóźniała się do pracy nawet o minutę, nie brała dni wolnych, zapewne dlatego nie zapisał numeru jej telefonu do swojej komórki. Nie potrzebował do niej dzwonić. Z adresem było podobnie. Zapoznał się z nim, gdy czytał jej dokumenty. Sadził nawet, że dokładnie zapamiętał ten adres, lecz teraz  wyparował mu z głowy, tak jak dziewczyna z „Mojej Kuby:” Gustaw co wieczór rozpytywał wszystkich, którzy odwiedzali lokal. Miał nadzieję, że ktoś ją spotkał gdzieś przypadkiem, a może przypomniała sobie, coś z tamtego feralnego wieczoru. Zawsze słyszał te same odpowiedzi. Nie, nic cie pamiętam. Nie, nikogo nie widziałem.

            W końcu goście mieli go dość. „Moja Kuba” pustoszała, smutniała. Nowi goście zaczęli omijać lokal. Zostali tylko wierni opoje. Sfrustrowani, przegrani faceci i emeryci plotkujący o wszystkim przy szachach. Wszystko było jak dawniej, przed pojawieniem się dziewczyny. Tylko Gustavo już się nie uśmiechał. Z posępną miną nalewał piwo i rum. Co raz zamyślał się, albo wpatrywał uparcie w drzwi, mając nadzieję, że za chwilę do środka wejdzie Róża. Czekał na nią każdego dnia, każdej minuty. I żaden z tych dni nie przynosił ukojenia. Muzyka grała coraz ciszej. Głośnie dźwięki wydawały się właścicielowi nie stosowne. Coraz bardziej irytowała go codzienność. Jej niezmienność, przewidywalność. Te same drinki, te same cygara i papierosy, ci sami emeryci i te same rozmowy. Jedynie Edward wydawał się rozumieć ból Gustaw. Skurczył się jakby odrobinę, spoważniał. Pił tylko tak samo jak wcześniej.

Któregoś wieczoru Gustaw nie wytrzymał.

- Nie tęskno wam czasem za Rosą? – Zapytał.

- Rosą?

- Jaką Rosą?

- Rosa, to piękne imię.

Gustaw zdumiony omiótł salę chmurnym wzrokiem. – Nie wierzę, zapomnieliście o pięknej Róży, która przez tyle miesięcy krzątała się miedzy stolikami, podczas gdy wy piliście alkohol? Co dzień uśmiechała się do was i nuciła wszystkie piosenki! Zapomnieliście o niej?

- Nie pamiętam żadnej Róży – jeden z emerytów wzruszył ramionami i przesunął laufra. Drugi przytaknął nie odrywając wzroku od szachownicy.

- Bo masz Alzhaimera! – Gustaw postanowił się wkurzyć po raz pierwszy od bardzo dawna. – Bo jesteście osłami. Spoglądacie tylko w te swoje szklanice szukając w nich szczęścia! Wszyscy! Taka piękna dziewczyna to był dar od niebios, wnosiła tu tyle radości, a wy nawet nie potrafiliście jej dostrzec. Osły i barany!

- Nie złość się Gustavo, może faktycznie coś przeoczyliśmy – pojednawczo powiedział jeden z przegranych facetów i czknął głośno. To jeszcze bardziej rozzłościło Gustawa.

- Co za banda idiotów nawiedza mój lokal! Nie wierzę! Stworzyłem tu przyjemne miejsce dla rozbitków życiowych, degeneratów i opojów! Ależ głupi byłem wkładając w ten lokal całe swoje serce!

- Gustavo, nie obrażaj nas. Jesteśmy twoimi gośćmi. Powinieneś nas szanować niezależnie od tego kim jesteśmy. – Milczący do tej pory emeryt w nagłym przypływie energii, wstał od stolika i podszedł do baru. – Jeszcze dwie szklaneczki rumu. – Zamówił, dając w ten sposób do zrozumienia, że rozmowa o dziewczynie, której nikt nie pamięta, nie ma najmniejszego sensu.

- A mam was wszystkich dosyć! – Gustaw postawił z hukiem butelkę rumu na ladzie. – Weź sobie człowieku całą i sam się obsłuż. – Z tymi słowami wyszedł na zaplecze.

Mężczyźni, lekko skonsternowani, spojrzeli na drzwi, za którymi zniknął Gustaw.

- Widocznie nasz drogi Gustaw, ma dziś gorszy dzień. – Rzucił ktoś z końca sali. Reszta zgodziła się z nim bez słowa. Nie chcąc rozumieć powodów złego nastroju barmana, znów spuścili głowy, z niepokojem wypatrując szczęścia w dnach w swoich szklanek  

 

            Nie chciał nikogo widzieć. Miał chęć zniknąć, tak jak piękna Róża. Zamknąć tą starą, zatęchłą budę i ulotnić się, przejść na emeryturę lub wyjechać. Może na Kubę. Tę prawdziwą, słoneczną, pełną uroku kobiet zwijających cygara na swych ponętnych udach. Kuba…, Kuba to mrzonki. Dobrze o tym wiedział. Bieda i bród. Widział przecież kilka nowych filmów dokumentalnych o tamtym kraju. Mimo to cały czas chciał wierzyć, że wciąż żyją tam szczęśliwi ludzie. Na pewno szczęśliwsi od niego.

- Całe moje życie to mrzonki! – Zawołał, wściekły na siebie. Chyba nigdy jeszcze nie czuł tak bardzo swojej przegranej. Przegranej młodości, miłości. Przegranego życia. – Oto kończę jak ci wszyscy przegrani faceci, którzy nawiedzają moją spelunę. – Gustaw poczuł obrzydzenie do wszystkiego co go otaczało. Chwycił pierwszy brudny kufel i cisnął nim o ścianę. Kufel roztrzaskał się na kilka sporych kawałków, które z brzękiem opadły na podłogę. To jeszcze bardziej rozjuszyło Gustawa. Kolejne kufle rozbijały się o ścianę wyłożoną żółtymi kafelkami. A mężczyzna ryczał jak zranione zwierze.

 

            Przy stolikach ucichły rozmowy. Wszyscy z umiarkowaną ciekawością wpatrywali się w drzwi za kontuarem. Przecież wiedzieli co znaczą te hałasy. Nie raz przeżywali podobne dramaty. Każdy z innego, mniej lub bardziej błahego powodu. Dziś po prostu był dzień Gustawa. Nawet mu trochę współczuli, ale nikt się nie ruszył. Nie zamierzali mu przeszkadzać w jego walce z własnymi demonami.

 

            Złość minęła. Właściwie roztrzaskała się o ściany. Tak jak puste kufle i garnki. Cóż mogła dać mu ta pusta wściekłość? Dzięki niej nie odnajdzie Róży, nie odnajdzie swoich marzeń, nie dostrzeże przez nią siebie sprzed czterdziestu lat. Kiedy ciskał naczyniami miał tylko jedną myśl. By rzucić to wszystko w diabły. Spalić tę budę! Niech zostaną z niej tylko zgliszcza! Teraz, stojąc pośrodku pobojowiska, widział te wszystkie lata, które tu spędził i zawahał się. Bo co mu wtedy zostanie? Tylko wspomnienia ulotne jak wiatry, które wzburzają fale na rzece. Co będzie robił, gdy zabraknie „Mojej Kuby”? Nie potrafił gapić się w telewizor, nie kręciło go rozwiązywanie krzyżówek, a nade wszystko nienawidził uprawiania ogródka. Lubił ludzi. Tych popaprańców, którzy co dzień odwiedzali jego lokal. Kojąco działały na niego ich rozmowy i ich milczenie. Tu był panem i władcą. To właśnie tu wciąż czuć było obecność Róży. Nawet jeśli dla tamtych obiboków nigdy nie istniała, dla niego była i pozostanie prawdziwa. Rozejrzał się wokół siebie.  Zdziwiony stwierdził, że zostało jeszcze sporo całych szklanek. Uratowały się nawet białe, duże talerze. Jego wzrok powędrował w kierunku małego pomieszczenia socjalnego. Przez otwarte drzwi zobaczył liliowy sweterek. Wciąż tam wisiał. Jeśli Róża nie istniała, to skąd by się tam wziął? Czy sam go przyniósł, by iluzja stała się prawdą? Och, jak bardzo chciał wiedzieć. Znać prawdę, która go wyzwoli i być może unieszczęśliwi, ale czyż mógł u schyłku swego życia być bardziej nieszczęśliwym niż teraz? Nagły impuls kazał mu kopnąć nieduży garnek leżący u jego stóp. Garnek z brzękiem potoczył się pod drzwi wyjściowe. Gustaw czuł, że złość znów wraca. Nie chciał do tego dopuścić. Przy barze czekały na niego obowiązki.

 

            Nikt nie skomentował pojawienia się Gustawa w barze. Tym bardziej nikt nie zamierzał komentować, jego wcześniejszego zachowania. Przez chwilę pozwolili mu krzątać się przy pustych stolikach. Nie za długo, w końcu przyszli tu, by się napić. Pierwszy nieśmiało do baru podszedł świeżo upieczony rozwodnik.

- Gustaw, jedno piwo poproszę! – Starał się być bardzo grzeczny. Wolał nie drażnić rannego zwierza. Ale Gustaw miał gdzieś jego grzeczność. Bez słowa nalał piwko, zainkasował należność i odwrócił się od rozwodnika. Teraz już śmielej podchodzili inni. Według nich, życie w „Mojej Kubie” wracało do normy. Muzyka cicho sączyła się z głośników. Odgłos przestawianych na szachownicy pionków, uświadamiał wszystkim, że wciąż jest młoda godzina. Emerycie nigdy nie siedzieli dłużej niż do dwudziestej pierwszej. Świeżo upieczony rozwodnik, roztaczał przed przyszłym rozwodnikiem, wspaniałą wizję odzyskanej wolności. Wolności, z której i tak  nie umiał korzystać. Inni słuchali co chwilę potakując ze zrozumieniem. Niekiedy też zerkali w stronę samotnego Gustawa. Dziś nikt nie miał chęci na pogawędkę z barmanem. On też nie kwapił się, by przysiąść się do któregoś ze stolików. Za to pozwolił sobie na coś, czego zazwyczaj nie robił o tak wczesnej porze. Nalał sobie szklaneczkę whisky. Teraz popijał ją małymi łyczkami i obserwował swoich gości. Najczęściej jednak zatrzymywał wzrok na drzwiach wejściowych. Tak, jego nadzieje jeszcze nie umarły.

 

- Naprawdę jej nie pamiętacie? – Około dwudziestej Gustaw nie wytrzymał. Musiał wiedzieć. – A może tylko drażnicie się ze mną?

 Cała „Moja Kuba” zamarła. Nie brzęknęła żadna szklanka. Goście zdawali się wstrzymać oddechy. Ręka jednego z emerytów zawisła nad szachownicą. Nikt nie śmiał spojrzeć na Gustawa. Nie mogli się zdecydować co mu odpowiedzieć. Pomimo wielu wychylonych kufli piwa i szklanek rumu, wiedzieli, że żadna odpowiedź nie będzie dobra. Każda mogła sprowadzić na nich gniew Gustawa. Z końca sali dobiegło głębokie westchnienie. Edward podniósł się ze swojego krzesła. Wyprostowany, dziwnie pewny siebie, bez słowa ruszył w stronę baru. Bił od niego jakiś dziwny spokój. Wszyscy to zauważyli i nieznacznie odetchnęli. Pozornie zaczęli  wracać do swojego bezmyślnego patrzenia na ściany, do przerwanych rozmów, jednak ukradkiem obserwowali powolny marsz malarza w kierunku baru. Dzielny Edward, myśleli, sam wystawił się na przyjęcie pierwszego ciosu. Jedyny człowiek, który stanął na pierwszej linii frontu. Dzielny mężczyzna. Wypijemy za niego. Tymczasem Edward, spokojnie usiadła na stołku barowym.

- Nalej mi to samo co sobie. – Powiedział i milcząc czekał, aż Gustaw wypełni swój obowiązek. Kiedy szklanka z jasno brązowym płynem pojawiła się przed nim, wziął ją do ręki. Chwilę bawił się nią, sprawdzając czy kolor trunku i jego temperatura są odpowiednie. Upił łyk. Dopiero wtedy spojrzał Gustawowi w oczy.

- Nie martw się. – Powiedział.

Gustaw nie odezwał się. Nie zaryczał ze złości. Nie zaskowyczał jak zbity pies. Gustaw czekał. Goście „Mojej Kuby” po raz kolejny tego wieczoru odetchnęli z ulgą.

 

 – Nie martw się, – powtórzył Edward. – Nie przejmuj się nimi.  Róża tu była, ty ją widziałeś, ale i ja ją widziałem. Rozmawialiśmy z nią. Obaj czuliśmy zapach jej skóry, obu nas obdarzała uśmiechem. Zauważyłeś? Tylko do nas się uśmiechała, chociaż najczęściej uśmiechała się po prostu do siebie, do swoich myśli. Coś ci powiem Gustawie. Takie kobiety jak Rosa nie każdemu dają się zobaczyć i poznać. Nie robią tego specjalnie. Po prostu nie każdy na nie zasługuje. Spójrz na nich – Edward wskazał mężczyzn. – Czy oni na coś zasługują? No może nie są gorsi niż my, ale są ślepi. Zapewne dlatego Rosa wybrała nas dwóch. Ciebie, bo na nią czekałeś od tak wielu lat, a mnie trochę przez przypadek. Wiesz, jestem artystą, a artyści czują trochę więcej. Dlatego poczułem Rosę, gdy tylko przekroczyła próg „Mojej Kuby”. Ech, Gustavo mieliśmy ogromne szczęście. Takie kobiety…, takie kobiety odchodzą kiedy muszą. Rosa odeszła i nic na to nie poradzimy. Ciesz się wspomnieniem o pięknej Rosie, a tamtymi się nie przejmuj. – Edward lekceważąco machnął ręką w kierunku sali. – Mówię ci Gustavo, mieliśmy ogromne szczęście. – Barman wciąż milczał. Malarz też zamilkł. Powiedział, to co miał powiedzieć. Zerknął na swoją szklaneczkę.

- Życie, – westchnął i nagle uśmiechnął się szeroko. – Gustavo, poczułem potrzebę chwycenia za pędzel! Tyle lat już nie malowałem. Niebywałe! Teraz czuję, że muszę to zrobić. Namaluję ci obraz. – Edward duszkiem dopił whisky, niespodziewanie dla wszystkich uściskał Gustawa i wybiegł nie oglądając się za siebie. Gustaw ze swoim bólem wymieszanym z alkoholem i zdziwieniem, został sam. Tamci, wlepiający w niego swoje ledwo widzące oczy, nie liczyli się. Nie słyszeli tego co powiedział mu Edward. Czy mógł mu wierzyć? Nie był pewien, jednak chwycił się tego tłumaczenia i nie zamierzał go puszczać. Było najlepsze ze wszystkich, które mógł usłyszeć. Oznaczało, że nie zwariował. Rosa była tu dla niego. Oddychała tym samym powietrzem co on. Roztaczała swój urok, którego ślepcy nie potrafili dostrzec. Była i odeszła bo musiała, a jemu pozostały piękne wspomnienia. Powinien być szczęśliwy. I powinien trwać w „Mojej Kubie” jak długo się da, bo tu wciąż będzie unosił się czarowny zapach pięknej Rosy. A tamci, ech…

- Pijcie dalej! – Krzyknął w stronę sali. – Pijcie ślepi głupcy – dodał ciszej i poszedł umyć ocalałe szklanki.

           

Była dopiero osiemnasta. Zwykły dzień tygodnia. W lokalu było tylko kilku stałych bywalców. Dwóch drobnych opojów, którzy właśnie w „Mojej Kubie” kończyli swój dzień, jeden przyszły rozwodnik zapijający niepowodzenia małżeńskie, dwóch emerytów, miłośników cygar i rumu. I oczywiście Edward. Ten rozbitek życiowy, artysta od siedmiu boleści, wciąż rozpamiętujący swoje dwie i jedyne wystawy sprzed dwóch dekad. Każdy z nich zajęty był sobą i swoją porcją alkoholu. Rosa nucąc jakąś piosenkę przecierała wolne stoliki. Gustaw jak zakochany szczeniak wodził za nią wzrokiem.

- Gustavo, co tak się śmiejesz jak głupi do sera? – Jednemu z emerytów zebrało się na docinki. – Przygruchałeś sobie jakąś babeczkę?! – Teraz obaj emeryci gruchnęli śmiechem. – W końcu. Za długo byłeś samotny.

Gustaw poczerwieniał. Ze złości zacisnął pięści, ale nie zamierzał odpowiadać na zaczepki.

- Co tak milczysz? Patrzcie języka w gębie zapomniał! – Pierwszy emeryt rozejrzał się zadziornie po kompanach.

- A może Gustavo jest chory? – Bełkotliwie zapytał jeden z drobnych opojów.

- Nie nabijacie się z miłości! – Wykrzyknął przyszły rozwodnik. I nagle, jakby w końcu zdecydował się zrobić coś spektakularnego, podniósł kieliszek do ust, wychylił zawartość, postawił z hukiem na stół, wstał i bez słowa wyszedł trzasnąwszy drzwiami.

Emeryci spojrzeli po sobie zdziwieni Reszty nie interesowało zachowanie przyszłego rozwodnika. W tym czasie Rosa zdążyła sprzątnąć na sali i znikła w kuchni.

- Nasz Gustavo uśmiecha się do Rosy. To piękna kobieta. – Tajemniczo powiedział Edward, z politowaniem patrząc na emerytów.  Ci tylko pokiwali bezmyślnie głowami.

            Gustaw musiał w końcu przyznać przed samym sobą, że ta młoda dziewczyna zawładnęła jego myślami całkowicie. Zjawiła się niewiadomo skąd i była spełnieniem jego marzeń. No prawie. Wiedział, że nigdy nie stworzą idealnej pary, ale już sama możliwość patrzenia na nią, na to jak kołysze biodrami, jak uśmiecha się,  słuchania jak nuci jego ulubione piosenki, nawet to jak zbywa milczeniem jego pytania, sprawiało że czuł się szczęśliwy. To było chyba więcej niż mógł się spodziewać w jesieni życia. Tak naprawdę  Gustaw nie czuł się stary, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że w oczach świata, szczególnie w oczach młodych ludzi,  jest już starcem. Za rok miało mu stuknąć sześćdziesiąt lat. W dzisiejszym świecie może nie było to dużo, ale pamiętał dobrze jak stary był jego dziadek kiedy miał sześćdziesiąt lat, jak zrzędliwy i upierdliwy był jego ojciec tuż po sześćdziesiątce. To byli mężczyźni, którym nie chciało się już żyć. Czekali na śmierć, bo tak wypadało. W oczach ówczesnego społeczeństwa byli starcami. Dziś starość przychodzi odrobinę później i chwała za to. Teraz starcem można nazwać dopiero człowieka po siedemdziesiątce.  Gustaw pocieszał sam siebie. Miał nadzieję w zdrowiu i urodzie (tu zawsze zaśmiewał się ironicznie) przeżyć jeszcze kilka wspaniałych lat, tu w Mojej Kubie. Słychać muzyki, wdychać dym cygar i papierosów, przysłuchiwać się tym samym rozmowom, a nade wszystko patrzeć jak młoda Rosa krząta się po lokalu. Tak, nie ma sensu odpowiadać na zaczepki zrzędliwych emerytów. Gustaw zadowolony nalał sobie szklaneczkę rumu.

- To trzeba opić – mruknął wychylając duszkiem ulubiony trunek dawnych piratów.

 

            – Rosa nie przeszkadza ci, gdy tamci opoje zupełnie cię ignorują?

Patrzył jak dziewczyna z gracją podchodzi do stolika emerytów grających w szachy. Jak niemal niezauważona, z uśmiechem spogląda na szachownicę po czym zabiera puste szklanki i odchodzi. Emeryci zbyt zajęci rozgrywką nie zaszczycają  jej nawet jednym spojrzeniem.

- Czy to nie jest denerwujące? – Zapytał znów. Rosa tylko wzruszyła ramionami. Nie była towarzyska, to fakt, jednak Gustavo nie mógł oprzeć się wrażeniu, że w tym świadomym zamknięciu się we własnym świecie chodziło o coś więcej. Mimo to nie drążył tematu. Nie odpowiedziałby mu. Miał jednak nadzieję, że kiedyś Rosa przyjdzie do niego i opowie swoją historię.

            Im dłużej Rosa pracowała w Mojej Kubie, tym bardziej Gustaw dziwił się jak ta piękna i seksowna kobieta onieśmiela jego gości, że ci nie mają śmiałości nawet na to, by wodzić za nią wzrokiem. Kiedy Rosa uwijała się między stolikami, zabierała puste kufle, stawiała nowe, nikt jej nie zagadywał, nie zaczepiał. To nie było normalne. Nie zależało jej na zainteresowaniu innych. Nie potrzebowała komplementów. Nawet ich nie chciała. – Nie zaczepiajcie mnie! – Zdawał się mówić każdy jej seksowny gest, każdy ruch biodrem, i każdy uśmiech. Pomimo to, gości wciąż przybywało. Drzwi lokalu niemal nie zamykały się. Czyżby przychodzili tu, by patrzeć na nią tylko ukradkiem? Trzeba przyznać, że Rosa onieśmielała też samego Gustawa, on jednak potrafił patrzeć jej w oczy, rozmawiać z nią, cieszyć się z jej obecności. A reszta… Spośród gości jedynie Edward zaszczycał ją tajemniczym uśmiechem, czasem mówił coś miłego. Ona odwzajemniała się tym samym. To przy jego stoliku potrafiła zabawić kilka sekund dłużej. Pochylić się tak, by jej włosy mogły musnąć jego ramię. Z czasem Gustawowi zaczęły przeszkadzać względy, którymi darzyła Edwarda. Stał się bezsensownie zazdrosny. Nad ranem, gdy leżał już w swoim łóżku wymyślał sobie od głupich, starych baranów. Niewinność Rosy była niezaprzeczalna, a jej drobna zażyłość z Edwardem mogła wynikać z tego, że jedynie on zauważał jej serdeczność i miał odwagę rozmawiać z dziewczyną. Jej uroda nie onieśmielała Edwarda. Widział i doceniał ją jako artysta. Tak to starał się tłumaczyć Gustaw. Zasypiał z postanowieniem zaprzestania tej całej zazdrości. Kiedy jednak wieczorem Rosa przystawała na chwile przy stoliku Edwarda, zazdrość wracała. W końcu przyszedł taki dzień kiedy Gustaw postanowił wyprosić artystę z Mojej Kuby i zakazać mu wstępu do końca życia.

I właśnie tego wieczora Rosa zniknęła.

 

Dziś zapowiedź mojego ostatniego opowiadania. Długo zastanawiałam się, czy w ogóle je opublikować . Powód – bardzo je lubię i tym razem negatywne komentarze mogłyby sprawić mi przykrość. A z drugiej strony, przecież żadna krytyka nie sprawi że będę je mniej lubiła. Tak więc, mam nadzieję, że będziecie mieć taka samą przyjemność czytając opowiadania, jak ja – pisząc je.

Dziewczyna o imieniu Rosa

Właściciel knajpy był absolutnym fanem Buena Vista Social Club.  O każdej porze dnia i nocy, w jego królestwie można było usłyszeć kubańską muzykę. W sali, nie zależnie od tego czy był komplet, czy przy stolikach siedziało zaledwie kilka osób, zawsze wisiał gęsty dym papierosowy, a czasem nawet cygar. To dla klimatu. Tego kubańskiego, ulubionego, którego właściciel nigdy naprawdę nie doświadczył. Nie ważne. Miał go w sobie, bo nade wszystko kochał Kubę. Kraj wyśniony, bo przecież nigdy tam nie był. W czasach braterstwa między narodami Kuba Fidela Castro jawiła mu się jako kraj idealny. Braterstwo nie przetrwało, ale jego fascynacja tak. Dużo później obejrzał film Buena Vista Social Club. Zrozumiał, że Kuba to jego świat. Nie ważne. Co dzień roztaczał tę miłość na gości. A może im było wszystko jedno? Przychodzili tu, by się napić, zapić, upić, zatopić. Siebie i swoje życie, to które zostawili, albo do którego tęsknili. To też było nieważne. Nikt tu nie żył teraźniejszością. Niektórzy żyli tym co było, rozpamiętując, analizując, złorzecząc i odgrażając się, że jeszcze im pokarzą. Inni, żyli tym co miało nastąpić, co sobie obiecywali, że nastąpi, że się zmienią, że coś zmienią, że im się odmieni, że będzie inaczej. Tylko właściciel knajpy zwanej „Moją Kubą”, mężczyzna bliżej sześćdziesiątki, z brzuszkiem wychylającym się z przymałych koszul, żył teraźniejszością. Miał jednak marzenia, ale błędem byłoby umieszczać go na równi z tymi, których myśli krążyły wyłącznie po bliżej nieokreślonej przyszłości. Gustaw, bo tak miał na imię właściciel „Mojej Kuby”, nie marzył o czymś co być może wydarzy się kiedyś, nie chciał niczego osiągać, ani do niczego dążyć. Stojąc za barem i patrząc na gości, nie wybiegał myślami w przyszłość. On wymyślał swój świat w danym momencie. Oto właśnie do baru wchodzą dwie starsze kobiety. To Kubanki, które ciężko pracowały w małej fabryczce cygar. Zmęczone, po ciężkim dniu, przyszły tu, by się czegoś napić. A teraz przy szklaneczce guarano z kroplą rumu, opowiadają Gustawowi jaka to nużąca praca, te zwijanie liści na własnych udach. Druga podnosi spódnicę i pokazuje barmanowi swoje lśniące, jeszcze jędrne udo. Uśmiecha się przy tym zmysłowo. Gustaw pochyla się, ogląda siną skórę  po czym nalewa im jeszcze po jednym guarano. Na koszt firmy.

 Takie były te Gustawa marzenia. Znając jego myśli można by pokusić się o stwierdzenie, że on  jako jedyny w całej tej kubańskiej knajpie, żył w teraźniejszość. Takiej wymyślonej, takiej w jego głowie, ale takiej tu i teraz.

 

Aż pewnego dnia marzenia o pięknej Kubance posyłającej mu zmysłowe uśmiechy, nabrały bardzo realnych kształtów.

            Pojawiła się przy dźwiękach Dos Gardenias. Weszła lekko kołysząc biodrami. W białej sukience i białych sandałach na niewielkim obcasie, wyglądała jak anioł, którym zapewne była. Nagle dym ze wszystkich cygar, papierosów i palących się świeczek rozstąpił się przed nią jak Morze Czerwone i wkroczyła na środek sali. Potrząsnęła głową, tak by jej długie, błyszczące czarne włosy mogły swobodnie zafalować. Jej oliwkowa cera lśniła w półmroku. Pachniała egzotycznymi kwiatami.

- Gdzie jest właściciel?

Zapytała niskim, seksownym głosem, a wszyscy wstrzymali oddechy.

- Ogłuchliście?

Gustaw oniemiał tak samo jak mężczyźni siedzący przy stolikach. Nikt się nie odezwał, nawet niewielu patrzyło w jej kierunku. Onieśmieleni zerkali na stoły lub na siebie nawzajem. Jedynie siedzący najbliżej drzwi,  zawsze samotny Edward gapił się na przybyłą z rozwartą gębą, co zaczęło wkurzać Gustawa.

- Ja jestem właścicielem tej knajpy! – Odezwał się w końcu.

- Szukam pracy. – Podeszła do niego pewnym krokiem i wyciągnęła rękę na przywitanie. Gustaw podał swoją. Chwilę później powiedział, że chętnie przyjmie ją do pracy, chociaż tak naprawdę nikogo nie potrzebował. Ona uśmiechnęła się.

- To kiedy mogę zacząć?

- Od razu. – Odparł i dziewczyna została.

 

            Miała na imię Róża, ale wolał mówić do niej Rosa. Mówił, że to bardziej pasuje do klimatu lokalu, a ona nie protestowała. Zjawiała się codziennie punktualnie o siedemnastej i zostawała do zamknięcia lokalu. Była zazwyczaj milcząca, ale uśmiechała się bardzo często. Gustaw, zza kontuaru, z przyjemnością obserwował jak lawiruje między stolikami, przeciera ich blaty, przynosi kufle, szklanki i kieliszki. Czasem przystaje na chwilę, by zagłębić się w swoich myślach. Pytał ją czasem, skąd się właściwie tu wzięła. – Po prostu przechodziłam obok i nagle zapragnęłam wejść do środka. – Odpowiadała krótko i znikała na zapleczu, by zająć się zmywaniem. Jeszcze innym razem wspominała, że szła bez celu, przed siebie, a kiedy ujrzała nazwę „Moja Kuba” poczuła, że to jest jej miejsce. Czasem też, dodawała, że pilnie potrzebowała jakiejkolwiek pracy, więc chodziła od knajpy do knajpy pytając o pracę Prawie wszyscy ją zbywali lub umawiali na inny termin. Tylko Gustaw zaproponował jej etat od razu, dlatego została. W końcu Gustaw przestał pytać. Takich odpowiedzi mógłby dostać jeszcze bardzo wiele, ale i tak nigdy nie dowiedziałby się, która z nich jest prawdziwa. Postanowił tak po prostu cieszyć się obecnością Rosy i dziękować losowi, za to że ją zesłał. To dzięki niej ten zadymiony, stary bar stał się jaśniejszy, przyjemniejszy. Wieczorami odwiedzało go coraz więcej nowych gości. Przychodzili, zostawali, przyprowadzali znajomych. „Moja Kuba” poweselała. Śmiano się tu dużo częściej niż kiedyś. Muzyka grała głośniej, a w piątkowe i sobotnie wieczory wielu gości podrywało się do tańca. Wirowali, niezrażeni brakiem miejsca, miedzy stolikami. Przyjemnie było patrzeć. Właściciel knajpy był zachwycony tym nowym życiem. Obroty wzrosły i chociaż Rosa rzadko odzywała się do kogokolwiek, w ogóle częściej przebywała na zapleczu i w kuchni niż na sali, to właśnie jej Gustaw przypisywał całą zasługę.

 

Bardzo rozmowny zazwyczaj doktor Piękny, tego dnia był milczący i pochmurny. Zaraz po powitaniu poinformował ją, że dodatkowe testy niczego nie wyjaśniły. Zaznaczył też, że zabieg odbędzie się tylko i wyłącznie na odpowiedzialność pacjentki, po czym podsunął jej do podpisania kilka arkuszy. Chociaż była zdecydowana, wszystkie przeczytała bardzo wnikliwie. Przecież chodziło o kawałek jej ciała, inwestycję dzięki której miała wieść spokojne i dostatnie życie. Treść dokumentów nieco ją uspokoiła. Doktor Piękny i jego asysta zapewniali profesjonalizm i brali pełną odpowiedzialność za ewentualne błędy w sztuce lekarskiej. Jednak oddzielna klauzula mówiła o rezygnacji pacjentki z zalecanych dodatkowych badań laboratoryjnych oraz o przerzuceniu na pacjentkę wszelkiej odpowiedzialności, za powikłania których na tym etapie wiedzy medycznej, nie da się przewidzieć. Tę klauzulę również podpisała. Nie miała wyjścia. Piękny uprzedził ją, że zabieg odbędzie się tylko w przypadku podpisania każdej ze stron. 

            Zdecydowali, że zabieg odbędzie się w narkozie. Piękny, wyjaśnił, że w razie jakichś komplikacji, pełna narkoza pomoże im działać szybciej i dokładniej. Nie zamierzała się z nim kłócić. Nie chciała być świadoma, gdy będą wyskubywać z niej każdą wypustkę.

Wszystko odbyło się tak jak to zapamiętała z poprzednich operacji. Zasnęła bardzo szybko i nie miała żadnych snów. Jak zawsze. Zabieg miał trwać pół godziny. Dla niej minął jak jedna chwila. Normalne. Teraz czuła się nieco skołowana, ale Piękny obiecał, że wieczorem wróci do domu. Cieszyła się. Zdecydowanie wolała własne łóżko. Poza tym potrzebowała spokoju, a tutaj wciąż ktoś się kręcił. Spojrzała na ścienny zegar. Była dopiero dziesiąta. Do wieczora było sporo czasu. Walka z sennością była bezcelowa. Zamknęła oczy.

            Obudziła się niezmiernie wypoczęta i w dobrym nastroju. Kiedy otworzyła oczy ujrzała pochylająca się  nad nią pielęgniarkę.

- Coś się stało? – Zapytała.

- Nie, właśnie chciałam panią budzić. – Pielęgniarka uśmiechnęła się uspakajająco.

- Rozumiem. – Zegar ścienny wskazywał kilka minut po piętnastej.

- Spała pani tak twardo, więc doktor zastanawiał się czy nie zechce pani zostać jednak w klinice do jutra. Jeśli tak, przygotujemy pani jakiś lekki posiłek.

- Wolę wrócić do domu.

- Dobrze, poinformuję doktora. Czy czegoś sobie pani życzy? Leki przeciwbólowe chyba wciąż działają, prawda?

- Tak. Nic mnie nie boli. Chciałabym się jednak czegoś napić.

Pielęgniarka podała jej wodę.

- Dziękuję. – Upiła dwa łyki i pomyślała, że gdy człowiekowi chce się pić to nawet zwykła mineralna smakuje niczym nektar bogów. – O której mogę wyjść do domu?

- Doktor zajrzy do pani o szesnastej. Wtedy zdecyduje. Nalać pani jeszcze?

Skinęła głową, więc pielęgniarka dopełniła szklankę.  – Tylko proszę pić małymi łyczkami co kilka minut. Nie chce pani przecież wymiotować.

Oczywiście, że nie chciała. Zawsze była potulną pacjentką, wypełniała dokładnie wszystkie zalecenia lekarzy i pielęgniarek. Teraz też postanowiła zaczekać z następnym łykiem wody. Opadła na miękką, pachnącą poduszkę. Delikatnie dotknęła opatrunku na brodzie. Ciekawiło ją ile szwów musiał założyć Piękny i czy blizna będzie bardzo widoczna. Do czasu, bo przecież bliznę też będzie musiała zlikwidować, ale to dopiero po zagojeniu. Na razie będzie musiała zadowolić się doskonałym makijażem, który ukryje tę drobną niedoskonałość. Jeszcze raz, opuszkami palców pogładziła misterny opatrunek. Szwy powinny być zdjęte za kilka dni. Wtedy wróci do pracy. Szefowa jej agencji już się niecierpliwiła. Nic dziwnego. Załatwiła jej udział w paryskim pokazie kolekcji jednego z najlepszych projektantów. Pokaz miał odbyć się za tydzień. Szefową zaniepokoiła jej absencja.

- Lepiej żebyś wyzdrowiała do tego czasu. Inaczej nie chciałabym być w twojej skórze. – Na tym zakończyła rozmowę, a jej pozostało tylko zakląć w słuchawkę. Cholera, wyzdrowieję! To nic takiego! Czekając na Pięknego myślała tak samo. Przecież to nic takiego. Jakiś kawałek mchu na twarzy. Nie ma się czym przejmować. Teraz ten kawałek jest już oczyszczony i zacerowany. Za pięć dni będzie trzeba go jedynie dobrze przypudrować i po sprawie.

- Nie ma się czym przejmować. – Uśmiechnęła się zadowolona w chwili, gdy do pokoju wszedł doktor Piękny.

 

            Zbudził ją jakiś delikatny szmer. Nie była pewna gdzie się znajduje.  Przetarła oczy. Przez opuszczone rolety nieśmiało sączyło się światło księżyca i osiedlowych latarni. Atłasowa pościel przyjemnie otulała jej nagie ciało. Przesunęła wzrok wzdłuż ściany. W słabo oświetlonym pokoju zobaczyła kontury swojego seksownie upozowanego, nagiego ciała zamkniętego w srebrnej ozdobnej ramie. Odetchnęła. Była we własnym domu. Na szczęście Piękny podjął jedynie słuszną decyzję i puścił ją do domu. Oczywiście, musiała obiecać, że nazajutrz stawi się na wizycie kontrolnej.

- Czy to nie zbytek ostrożności? – Zapytała, gdy się żegnali. Odparł, że w każdej inne sytuacji poprosiłby ją za kilka dni, ale gdy mech rośnie na twarzy, ostrożność nigdy nie jest zbytkiem. Tę ostatnią uwagę mógł sobie darować, jednak nie skomentowała tego. Wyszła i pospiesznie wsiadła do czekającej taksówki. W domu wzięła przyjemny, chłodny prysznic, zaparzyła sobie zieloną herbatę i zjadła dwa tosty z dżemem truskawkowym. Do letniej herbaty wcisnęła odrobinę soku z cytryny i z filiżanką orzeźwiającego naparu wygodnie ułożyła się w łóżku. Popijając herbatę próbowała przeglądać kolorowe magazyny, ale szybko ją znudziły. Ciągle te same tematy i te same twarze. Nie mogła się doczekać, kiedy znów ujrzy siebie w roli fotomodelki, albo jeszcze lepiej. Kiedy w końcu będzie mogła przeczytać artykuł o sobie. O świetnej roli, którą zagrała. Marzyły się jej wywiady w najbardziej poczytnych czasopismach, występy w telewizji. Oczami wyobraźni już widziała siebie na czerwonym dywanie w Cannes i tych rozentuzjazmowanych dziennikarzy. Każdy chciał mieć z nią wywiad. Nie mogła się od nich opędzić. Krocząc z wolna, w sukni od modnego projektanta, posyłała w tłum uwodzicielskie uśmiechy. Kochali ją. Z tą myślą zasnęła. Teraz, wypoczęta i zadowolona, uśmiechała się do swojego portretu. Zegar wskazywał trzecią. – Dlaczego zbudziłam się tak wcześnie? – Odpowiedział jej delikatny szmer tuż obok ucha. Czyżby mysz? Przerażona wyskoczyła z łóżka. Kiedy  ledwo słyszalne szuranie budziło ją, nie czuła niepokoju. Wyrwana z przyjemnych snów, nie mogła spodziewać się niczego złego. Aż do teraz.   

 

- Proszę nie, nie, nie, nie… – Nie była w stanie krzyczeć. Nawet szept stawał się ponad jej siły. Odbicie w lustrze było tak karykaturalne, tak niewyobrażalnie nieprawdziwe, a  mimo to nie było sennym koszmarem. Chciała dotknąć palcami twarzy, by sprawdzić czy nie zwariowała, jednak cofnęła je z obrzydzeniem. Opatrunek jeszcze jakość trzymał się na twarzy, ale niemal z każdej strony wystawały soczysto zielone wypustki. Obok nich były następne kępki mchu i następne. Na jej oczach mech przebijał się przez skórę, piął w górę i  rozrastał na boki. Szedł jak groźny najeźdźca, tyralierą. Byle do przodu, byle dalej, by zająć jak największe terytorium okupowanego kraju. Cała broda była porośnięta mchem, pojedyncze, mniejsze kępki zajęły już cześć prawego policzka i dotarły do ucha. Jej skóra wybrzuszała się już niebezpiecznie tuż nad ustami i przy jej nowiutkim, ślicznym nosku, który miał być przepustką do sławy. Miała wrażenie, że ogląda jakiś film przyrodniczy, w którym specjalnie dla widzów, przyspieszono proces porostu mchu. Wyrostki, chwytniki czy listki, niezależnie od tego jak się nazywały, przebijały skórę w kolejnych miejscach, rozgałęziały się i układały wygodnie na jej policzkach. Zdawało się, że prawa połowa twarzy pokryta jest miękkim, zielonym dywanem. Dywanem, który rozrastał się. Szszsz! Szszsz! Piął się w kierunku czoła, dotykał jej włosów. Szszsz! Szszsz! Patrzyła jak kiełkują kolejne zarodnie na cieniutkich łodyżkach. Pną w górę, jak pojawiają się na nich listki. Jak całość przybiera tego upiornego, zielonego koloru. Szszsz! Szszsz! Już nic nie mogło powstrzymać tego porostu, nie mogło zagłuszyć chrzęstu rozwijającego się poszycia.  Twarz, którą widziała w lustrze przestawała być jej twarzą. W szybkim tempie stawała się twarzą mchu, terytorium nad którym postanowił objąć władanie.

Nie mogła już nic zrobić. Mogła tylko patrzeć.

 

                                   KONIEC